Dlaczego Franz nie dotrwa do Euro?

Lubię Franciszka Smudę. Czasami podziwiałem. Zapamiętam jego radość na Broendby, szaleńcze podskoki na Ł3, póżniej powrót na Łazienkowską i wspaniałą serię zwycięskich meczów, zakończonych dwuaktową tragedią w Lubinie, po której Frankowi podziękowano.

Jako kibic (L)  - z nadejściem każdego (prócz Kubickiego)  nowego trenera wierzyłem, że poprowadzi mój zespół do sukcesów i chwały. Jego szczególnie. Pamiętam jego “oczyszczanie atmosfery”, gdy po rzekomych telefonicznych żartach, wyrzucił z drużyny winnych dowcipnisiów. Jak przez mgłę przypominam sobie o jego łódzkim zaciągu, z którego jeden as zagrał 8 minut w Pucharze Ligi. Niektórzy wypominają mu jego wiązankę na jedną z reporterek Wizji Sport.

Impulsywny, używający specyficznej polszczyzny, która mogłaby śmiało stać się tematem niejednej rozprawy doktorskiej. Franz ze swoimi powiedzonkami przypomina mi gościa, który nie załapał się na statek w filmie “Rejs” Piwowskiego. Błyszczałby tam jako naturszczyk.

Piszę te spostrzeżenia na kilka godzin przed meczem z Bułgarią. Nawet dobry wynik tego meczu (choć przewiduję “w plecy”) tego nie zmieni.

Dlaczego Smuda nie poprowadzi naszej reprezentacji na Euro 2012?

1) Bo jest jaki jest. Zaprzecza sobie, gdy mówił o swojej autonomii i samodzielności w podejmowaniu decyzji - tak w kwestii sztabu szkoleniowego (vide Furtok), jak i zapisie w kontrakcie o zakazie krytykowaniu PZPN-u. . Puchar Króla to kolejny przykład “pożytecznego sprawdzianu z silnymi przeciwnikami”.Zasmuca niekonsekwencja w doborze współpracowników  Jeszcze wczoraj Jasiu był dobry, dziś jest facetem w krawaciku, który miał tyrać, a nie tyra. A Kazimierski to co robi?

2) Bo trafił na bidę i nędzę piłkarstwa polskiego. Futbolistów, którym filozof z Rotterdamu wmówił bzdety o “international level”, “talentach” i innych “step by stepach”. Znów więc mamy powołania dla piłkarzy, którzy grzeją ławę, ale którzy być muszą, bo innych nie mamy, np. Dudka (Auxerre). Są też tacy, którzy nigdy nie powinni słuchać na murawie Mazurka Dąbrowskiego - bo ich mizeria i w naszej lidze jest widoczna: Mierzejewski z Cracovii, Przyrowski z Polonii (który  w ostatnim meczu z Lechem interweniował jakby grał w siatkówkę), o Pawełku szkoda gadać. Jeśli nadzieję pokładamy w Gliku, Sobiechu, czy innych którzy błyskają jak meteory w Ekstraklasie? - to kaj my so?

3)  Bo za granicą gra garstka Polaków:pomijany Boruc, Kuszczak, Ireneusz “kontuzja” Jeleń, Ludo, Kosowski. Już nawet Żewłakow siedzi na ławeczce w Pireusie.

4) Bo brakuje nam lidera- no chyba że za takiego uznamy dosyć cichego i skromnego ( co, zrozumcie mnie dobrze, nie jest wadą) Kubę Błaszczykowskiego, który w reprze gdzieś zatracił swoje autentyczne walory, a Murawski takim liderem nie będzie.

5) Bo gdy na 7 czy 8 sparingów, przegramy pięć - to potrzeba będzie znależć winnego. A taki Jurek Engel czy inny Stefek Majewski zawsze zgodzą się przejąć kadrę “dla dobra polskiej piłki”.

6) Bo nie będzie widać postępów i zaczną się kombinacje taktyczne - czy my, mocarze futbolu, możemy sobie pozwolić na grę z jednym napastnikiem? Zawsze jak dostajemy w plecy, jeden czy drugi ekspert wyciąga tą kwestię

7) bo “kruca bomba, mało czasu” - a my chcemy już, zaraz, natychmiast. Pokolenie McDonalda - pragnące dostać szybko, zjadliwie i w ładnym opakowaniu. Na dziś.

8 ) bo każda drużyna rodzi się w eliminacjach, w rywalizacji z silniejszymi lub równymi sobie - ktoś się objawia, ktoś nie sprosta zadaniu, jest zastępowany innym, ten się sprawdza. My tego mieć nie będziemy. Choć nawiasem mówiąc cieszy mecz z Espanią, to czy naprawdę zagramy jescze z Argentyną, Brazylią, Holandią czy choćby Wybrzeżem Kości Słoniowej?

9) bo rządzący naszą piłką w myśl zasady “jakoś to będzie” nie zrobią od siebie nic, by pytanie “co po Euro?” nie było tylko pytaniem retorycznym

10) bo prezesem PZPN-u nie został Boniek i centrala ciągle jest ostatnim bastionem PRL-u w wolnej Polsce

Mimo wszystko, szczerze życzę Frankowi powodzenia. Życzę  korony króla strzelców dla Lewandowskiego w zachodniej lidze, życzę Borucowi transferu do Anglii, śnię o Legii w Champions League, naszych polskich drużyn w fazie grupowej Ligi Europejskiej. Życzę wam, by każda ligowa kolejka obfitowała w hity, który w napięciu przykuwają nas do foteli.

Chciałbym, by mistrzostwo Polski nie było celem samym w sobie. Nie chcę, by mistrz dewaluował się już w pierwszym poważnym starciu z europejskim przeciętniakiem. Życzę sobie nowych ludzi w PZPNie, którzy oczyszczą stajnię Augiasza z tego, co złe.

Wszystkiego dobrego, Franek!

* Skomentuj ten wpis

“Kompletnie konkretnie” o ułomnościach futbolu

Święty - z tych, co rozdaje prezenty trafił w punkt. Od jakiegoś czasu polowałem na tą pozycję i ku nieskrywanej radości znalazłem ją pod choinką. Dziełko Nicka Davidsona i Shauna Hunta: “Kompletnie konkretnie. O tym, co jest nie tak ze współczesną piłką nożną” to coś nowego na “kibicowskim” rynku wydawniczym.

Każdy z nas zetknął się już z kultową “Prawdziwą historią” Kowalczyka ( zauważyliście jego dzisiejszą aktywność w “Cafe Futbol”?) - czyli piłkarską rzeczywistością od kulis. Opis 2 dni w jednym z hotelów, goszczących ówczesnych reprezentantów do dziś śmieszy do łez. Komuś z was wpadła kiedyś w ręce “Gorączka futbolu”  Nicka Hornby’ego (znacie go też jako autora zekranizowanej powieści “Był sobie chłopiec”. Nie licząc oczywiście  futbolowych biografii byłych lub wciąż aktywnych piłkarzy.

“Kompletnie konkretnie” - to w skrócie księga życzeń i zażaleń tych, którzy wciąż spoglądają na piłkę oczyma młodych, może troszkę naiwnych chłopaków. Widzących nożną jako czystą, zdrową i uczciwą rywalizację.

Lekturę można rozpocząc z dowolnego miejsca. Konkretne zagadnienie zajmuje góra dwie stroniczki. Autorzy dotykają niemal wszystkich zagadnień, co zrozumiałe patząc na ligę angielską jako punkt odniesienia. Co proponują?

1. Powrót do starych dobrych czasów, gdzie w Lidze Mistrzów grają tylko zdobywcy 1. miejsca w ligowej tabeli, od siebie dodam - przywrócenie PZP, jak i UEFY bez fazy grupowej

2.  Nie zamieniana  stadionowych trybun  w operowe loże czy kinowe sale. Przypominają słynną już wypowiedż Roya Keane’a o “mumiach, wcinających hamburgery”

3. Wnoszą o wycofanie wszelkich udziwnień, które zniechęcają przeciętnego kibica do futbolu - chore pory rozpoczęcia  spotkań, podporządkowywane telewizyjnym transmisjom, płacenia horendalnych sum za bilety,wciąż zmieniającego się terminarza, wymyślania egzotycznej 39. kolejki, rozgrywanej poza Zjednoczonym Królestwem, czy ustalania miejsca rozgrywania Superpucharu w Chinach lub Indiach a nawet drukowania czy choćby uwzględniania “papierowych tabel” po pierwszych kolejkach.

Jedyną wadą jest brak choćby krótkich notek o znanych tylko angielskiemu kibicowi postaci komentatorów czy gospodarzy telewizyjnych magazynów piłkarskich. Zabawne jest też “dopasowywanie” polskich odpowiedników  do brytyjskiej rzeczywistości, gdzie za przykład komentatorskiego dyletanta podaje się Szpakowskiego. Pominąłbym też wątek komiksów, traktujących o piłkarskich przygodach idola młodości Anglików. W Polsce, szczęśliwi posiadacze kablówki, oglądali jedynie przygody Dżidżiego, który oprócz piłki fantazjował na temat damskiej bielizny, a potem przerzucił się na koszykówkę. Tytus, Romek i Atomek też lubili czasem pokopać, a w “Kajku i Kokoszu” rozegrano nawet pierwszy mecz między zwaśnionymi plemionami(skończyło się na pogonieniu rywali i przywiązaniu bramkarza do słupka).

Wspomniana książka Hornby’ego i opisywana pozycja Davidsona i Hunta po raz kolejny uświadamia jak ważną rolę i jakim prestiżem cieszy się Puchar Anglii, gdzie słabeusz może utrzeć nosa bitemu faworytowi z Premiership. Finał na Wembley, wyprawy na mecze wyjazdowe, wielka historia - to wszystko buduje fajny klimat. Ciekawe, czy w Polsce uda się odbudować prestiżkrajowego Pucharu? Kiedyś mojemu klubowi trofeum to wręczał sam prezydent Rzeczypospolitej i on wręczał medale.

Ktoś mógłby powiedzieć - na co ci Angole narzekają? Mają świetną ligę, gdzie nawet pojedynek między średniakami jest dla nas megahitem, a i Portsmouth ogląda się z przyjemnością. Autorzy apelują  o to, by oglądanie na żywo Lamparda, Gerrarda czy Rooney’a nie było tylko przywilejem VIP-ów, którzy mecz traktują jedynie jako spędzenie wolnego czasu, a nie jako “coś poważniejszego, od życia i śmierci”.

P.s.  Oto wpis, dotyczący Wielkiej Czwórki: Są wielcy, jest ich czworo i nie pozwalają nikomu innemu nic wygrać

Nic już nie ma do dodania, pora zasiąść do czytania

* Skomentuj ten wpis

Futbolowy sybaryta

[  Druga część wpisu "Ja - kibic piłkarski" z pracy: "Felietonistyka J. Pilcha w "Polityce". ]
Relacja z meczu dziennikarzy „Polityki” stała się dobrą okazją do zauważenia swoistej antynomii pomiędzy piłkarskimi bombardierami a sybarytami. Do tych ostatnich zalicza się Pilch, który w krótkim opisie sposobu gry, charakteryzuje własną filozofię futbolu. Zalicza się do: rasowych sybarytów grających dla urody gry, ni dla zwycięstwa, daremnie przeciwstawiający subtelną technikę zwierzęcej sile, natchnione improwizacje przedkładający ponad prostackie strzelanie bramek przeciwnikowi.Ten oryginalny sąd o prawdziwym pięknie tej najpopularniejszej dyscypliny sportowej, pozwala nam dostrzec w felietoniście romantyka futbolu, najbardziej ceniącego boiskową finezję, kunszt, element szaleństwa, słowem - autentyczną radość z gry. Wspomniane cechy przynależne są jednak tylko piłkarskiej elicie, którą polska reprezentacja wciąż próbuje gonić.
Prawdziwym testem jakości skuteczności polskiego futbolu są Mistrzostwa Europy i Świata. Na każdy początek takich właśnie zmagań felietonista reaguje z wielkim entuzjazmem. Mistrzostwa się zaczęły i wszyscy – i ci na trybunach, i ci przed telewizorami, i ci w studiach telewizyjnych – zniewoleni magią futbolu jesteśmy, staliśmy się jedną wielką rodziną. Autor zwykłym piłkarskim rozgrywkom przypisuje moc zmieniania oblicza naszej historii. Utrzymana w kronikarskim charakterze relacja z występu Polski na Weltmeisterschaft ‘74 przepełniona jest wiarą w niesłychany wkład futbolu w dzieje Europy: reprezentacja nasza nie tylko pojechała na mistrzostwa do Niemiec, ale pokonawszy w małym finale [spotkaniu o trzecie miejsce] Brazylię zdobyła srebrny medal – Polska, nie tylko (…) Polska Piłkarska, ale cała Polska w sensie ścisłym wstąpiła do nieba. Stał się cud i był to cud, który zapowiadał wszystkie następne cudy: wybór polskiego papieża, wyjście Polski z niewoli moskiewskiej… W innym miejscu autor podkreśla własne irracjonalne spojrzenie na piłkarskie zmagania. Według niego: dogrywka to taka faza gry, w której zawodnicy już nie biegają sami, ale coś (metafizyka i prawda futbolu) nimi biega.
W śledzeniu meczów z udziałem polskiej reprezentacji autor dostrzega pewien relatywizm wymagań, który na przełomie lat dramatycznie się zmieniał. Pilch nawołuje do pewnego przeorientowania oczekiwań, upomina się o docenienie zapominanego dziś sukcesu Polski w 1978 roku, chociaż w tamtym czasie Polska nie została mistrzem świata. W kraju uznano to za klęskę, co do dziś nie tylko dla mnie pozostaje niepojęte. Ludzie! Wmyślcie się w to, co myślicie! Jaka to klęska była! Piąte miejsce na świecie! Nie pierwsze! Gdzie dziś wobec tamtych aspiracji są nasze zamiary? Ka my są? – jak mówią nie tylko beskidzcy górale - kończy gorzką refleksją autor, odnosząc się do dzisiejszych aspiracji naszego społeczeństwa, które marzy by Polska wyszła z grupy, czy choćby… wygrała chociaż jeden mecz na mistrzostwach.
Ciągłe rozczarowania grą biało-czerwonych autor upatruje w jednej z naszych narodowych wad – niepoprawnym marzycielstwem oraz przecenianiem dawnych sukcesów. Zamiast patrzeć w przyszłość, Polacy odwracają wzrok na minione triumfy, nie spostrzegając zmian, jakie zaszły w ciągu dziesięcioleci, także w piłce. Znamienny jest już sam tytuł felietonu, poruszającego kwestię naszej mentalności – Gdy rozum śpi, budzi się Wembley. Autor dystansuje się od sposobu naszego myślenia, podważa znaczenie historycznego remisu z „dumnymi synami Albionu”: za sprawą świętej, chyba przeklętej, pamięci sławnej remisowej wiktorii na Wembley odnieść można wrażenie, że gramy z Anglikami bez przerwy. I że większego celu niż kolejny jakiś zwycięski remis z Anglikami polska piłka nie ma. Utworzone oksymoroniczne wyrażenie (zwycięski remis) jest jednoczesnym zarzutem wobec polskiego minimalizmu, brakiem wiary we własne umiejętności.
Poszukiwania przyczyn naszej rozczarowującej postawy Pilch szuka nawet w losach świata, zapisanych z góry przez znudzonego Boga: jakby Pan Bóg dał nam do wyboru mistrzostwo świata albo remis z Anglikami – specjalnie na wskrzeszonym dla naszej chwały Wembley – bierzemy to ostatnie. I wbrew pozorom nie byłby to dowód na ciemnotę naszą, ale na, do cna oślepiającą władze poznawcze, potęgę mitu.
Sam felietonista z chwilą rozpoczęcia kolejnej imprezy piłkarskiej, daje się ponieść ogólnonarodowemu hurraoptymizmowi, który odrzuca wszelkie racjonalne przesłanki o naszym faktycznym „stanie posiadania”. Na kilka dni przed startem ubiegłorocznego mundialu, Pilch ogarnięty wspomnianym entuzjazmem, stwierdza: Istotą piłki jest pytanie: jak wypadną nasi?10 Po chwili studzi jednak polskie nadzieje, przeformułowując mnożące przez kibiców pytania: Ciekawe, jak wypadną nasi? Prędko? Zastosowana tu gra zmiany znaczenia słowa „wypaść” (z ‘odegrać rolę’ na ‘odpaść’) jest głosem rozsądku, wśród sztucznie nadmuchiwanego balonu oczekiwań i nadziei.
Porażka przynosi otrzeźwienie, przywraca władzę racjonalnemu myśleniu. Pilch reaguje na nią, podobnie jak większość piłkarskich fanów, ogromnym rozczarowaniem i żalem wobec polskich piłkarzy. W sposób niezwykle ironiczny, krytykuje tych, którzy po raz kolejny zawiedli nadzieje milionów rodaków. Wiara zamienia się w rozpacz , nadzieja w wielką pogardę wobec nieudolnych piłkarzy. Autor pozwala sobie na humorystyczny obraz ich boiskowych poczynań. O jednym z naszych futbolistów powie, iż jest to: zawodnik o sile bawołu i takimż umyśle.  Graczy formacji defensywnej prosi: żelbetowa linio obrony, weź się całkiem rozsyp. Ekwadorczycy [pierwsi rywale grupowi Polski ] i tak biegali między wami, jakbyście byli kupą gruzu, weźcie całkiem się splantujcie. Nie unika też soczystych określeń: to jest mocna tradycja polskiej piłki: jak podstawowi gracze spieprza wszystko, co jest do spieprzenia, wchodzą rezerwowi i Graja świetnie. Tylko nie wiadomo po co.
Ratunkiem wobec obserwowanej mizernej gry reprezentacji staje się dla Pilcha sentymentalna podróż w czasy dzieciństwa. W lata, w których obowiązywała wyższa kultura dopingowania. Wspominanie dawnych krakowskich derbówjest okazją do wykreowania niemal sielankowego obrazu lokalnych potyczek: nostalgicznie wspominam bratobójcze mecze z lat 60.: w najdramatyczniejszych momentach cały stadion wył niepoczytalnie: Sędzia kalosz! Sędzia kalosz! Jak jakiemuś zwyrodniałemu gówniarzowi wyrwało się wulgarne: Ty łobuzie! – natychmiast był przez sektor przywoływany do porządku; siedzące pomiędzy mężczyznami żony, matki i siostry leniwie opalały się w zachodzącym za Kopcem Kościuszki słońcu…
Z niesmakiem obserwując powszechne chamstwo i agresję wśród „kibiców” piłkarskich, autor powie o sobie, iż: jestem z innego świata. Jestem ze świata, w którym kibica poznawało się po ortalionie, gazecie i parasolu.  Piłka nożna, pomimo nie zawsze właściwej postawy jej fanów, pozostanie dla felietonisty niezbywalną wartością. Sposobem na życie, gdyż jak sam przyzna: Lepiej żyć piłką, niż żyć, jak się żyje.

* Skomentuj ten wpis

Ortalion, płaszcz i gazeta, czyli kibic sprzed lat

Dzisiejsze wpisy, które podzieliłem na dwie części, można umiejscowić na pograniczu literatury i futbolu. Dyscyplin, które w przeważającej części zajmują powierzchnię mojego życia. Poniższe dwa podrozdziały to częśc mojej pracy magisterskiej, napisanej pod kierunkiem prof. J. Dąbały, która nosi tytuł: “Felietonistyka Jerzego Pilcha w “Polityce” (1999-2006)”.

Jerzy Pilch to powszechnie znany kibic Cracovii, który w swoich felietonach często odnosił się do piłki - tej sprzed lat, jak i wspólczesnej sytuacji futbolu nad Wisłą.

Ja – kibic piłkarski

Nie czytam partytury boiska jak futbolowy praktyk
Czy teoretyk – czytam ja jak najzwyklejszy kibic.
Przeważnie nie wiem, kogo na boisku trzeba zmienić.
To znaczy wiem, ale na ogół zmieniają innego.

Prócz fascynacji literaturą, kultem tasiemcowych fraz Tomasza Manna, podziwem dla narracyjnego kunsztu Milana Kundery czy Bohumila Hrabala, Jerzy Pilch jest wielkim fanem piłki nożnej. Ta dyscyplina sportu, elektryzująca niemal cały świat bardzo mocno wpłynęła na felietonistę. Otaczającą rzeczywistość, literackie i życiowe fakty autor postrzega przez pryzmat prawdziwie futbolowej manii. Skąd taki wniosek? Przykładów można by mnożyć. Sam pisarz swoją wcześniejszą pracę w „Tygodniku Powszechnym” określa jako reprezentowanie krakowskich barw, krótka charakterystyka początkującego debiutanta przemienia się w opis piłkarza, który techniczne braki nadrabia sercem do gry. Powszechną nieznajomość starotestamentowego proroka uzasadnia stwierdzeniem, że Nehemiasz nie grał w pierwszej lidze. Własne pozytywne usposobienie porównuje do doskonałego piłkarskiego podania: poczułem się jak Lubański, któremu Szołtysik podaje piłkę. Wybitny myśliciel określany jest: Wielkim Rozgrywającym myśli współczesnej. Słowem, piłka nożna kształtuje ogląd rzeczywistości będącej areną futbolowych zmagań. Piłkarskie felietony Pilcha układają się w dwie grupy: jedną z nich tworzą te, dotyczące pierwszych fascynacji tą dyscypliną sportu, statusem kibica sprzed lat, druga – to analiza obecnego stanu polskiej piłki, nierzadko gorzkie refleksje związane z ostatnim udziałem naszej reprezentacji na Mistrzostwach Świata w Niemczech, w 2006 roku.

Ortalion, płaszcz i gazeta, czyli kibic sprzed lat

Miłość do piłki nożnej u felietonisty zaczęła się dość zwyczajnie. Zanim rozpoczął on śledzenie meczów poprzez ekran telewizora, sam próbował sił w tej dyscyplinie. Pamiętam jak graliśmy na boisku przy basenie, gdzie były nawet bramki z siatkami i nagle piłka jak trzeba spadła mi na nogę i oddałem wspaniały strzał, którego bramkarz nie był w stanie złapać. To wtedy naprawdę pokochałem futbol, bo to była jedyna dyscyplina sportowa, w której rzeczywiście byłem dobry a odniesiony sukces w jakimś sensie dawał mi awans społeczny. Chociaż nadal byłem małym okularnikiem, w oczach kolegów stałem się przecież również zdolnym piłkarzem. Futbol dodał autorowi wiary we własne umiejętności; występująca w nim prawidłowość, iż słabszy własnym zaangażowaniem i ambicją potrafi niekiedy pokonać z pozoru lepszego przeciwnika.
Początki piłkarskiej pasji opisuje Pilch jako wkraczanie w nieokreśloną, niemal mityczną rzeczywistość. Jak sam przyzna: byłem absolutnie pewien, że boisko w okręgówce jest większe od boiska A-klasowego, że w trzeciej lidze są znacznie od okręgowych większe bramki itd. Wizję ekstraklasy miałem całkowicie bezkarną: zdawało mi się, że po boiskach wielkości lotnisk biegają nadludzie; skrzydlaci w sensie ścisłym – tak wynikało z transmisji radiowych – bramkarze swobodnie fruwają (…) a poprzeczki są tak wysoko, że prawie nie widać ich z ziemi. Poznawanie nieznanej wcześniej sportowej rywalizacji na boisku felietonista kreuje jako mit początku ( obejrzany po raz pierwszy mecz nazywa prachwilą  ). Walczący piłkarze stawali się ucieleśnieniem mitycznych bohaterów. We wspomnieniach Pilch powraca do swego stanu zauroczenia, stwierdzając, że: blask bijący od tych mitycznych postaci był (…) nadprzyrodzony. W młodzieńczych wizjach rozpoczęcie piłkarskiego spotkania powodowało zmiany aury, świat dopasowywał się od dyscypliny, nazywanej „najważniejszą z nieważnych rzeczy”: przestało padać, obraz świata był jakby wyraźniejszy, zielona koszulka Legii, w której grał Gmoch, miała jakiś wyjątkowy kontrast, było tak krystalicznie i przejrzyście, że było słychać nawet słowa, jakimi ten nie do przejścia obrońca zwracał się do bezradnych napastników Wisły.
Pasję kibicowania autor dzielił z ojcem, ten ostatni stał się dla Pilcha wzorem podporządkowania piłce rozkładu dnia. W mnożących się pytaniach felietonista próbuje dociec tajemnicy tak wielkiego poświęcenia się krakowskiej piłce (Kraków był miejscem, w którym po raz pierwszy zetknął się on z piłką na ligowym poziomie). Jak ten poważny facet po czterdziestce był w stanie lecieć na Wisłę, potem na Cracovię, potem na Garbarnię, a jak Wawel grał u siebie na Bronowiczach, to jeszcze na Wawel?(…) Jak to było możliwe? Tramwajem? Autobusem? Na piechotę? Bez względu na pogodę? Z parasolem? W płaszczu ortalionowym? Ze starą gazetą – celem wyścielenia trybun – w garści?  Początkowe zdziwienie ustępuje jednak z chwilą zadania ostatniego, kluczowego pytania: Jak mogliśmy tak żyć? (…) Lepiej i precyzyjniej zapytać: Jak mogliśmy tak kochać? Świadczy ono, iż z biegiem czasu syn zaczął podzielać pasję ojca.
W interesujący sposób Pilch spoglądał na miejsca piłkarskich zmagań. Opisując pierwsze wrażenia z obserwacji architektury ówczesnego stadionu Cracovii ( na którym bywa do dnia dzisiejszego ), przyzna, iż była to: budowla, jakiej nigdy potem nie widziałem w życiu – skrzyżowanie monstrualnej werandy, gigantycznego góralskiego balkonu, którego projektu nie powstydził by się Witkiewicz ojciec z greckim amfiteatrem.
Dyskusje o stanie naszego rodzimego futbolu zawsze kończą się na konfrontowaniu zamierzchłej przeszłości, kiedy odnosiliśmy światowe sukcesy z teraźniejszością, która staje się coraz dramatyczniejszą pogonią za europejską czołówką. Pilch z humorem odnosi się do ciągle przypominanych dawnych czasów glorii polskiej piłki. Ciągłe nieudane próby odegrania większej roli na kolejnych mundialach ukazuje jako niewiarygodną klechdę opowiadaną przez sędziwych kibiców. Kiedyś (…) bajali ci białowłosi starcy(…) – w czasach tak przedpotopowych, że z ziem europejskich dopiero co cofnął się lodowiec, kiedyś przed wiekami, jeden jedyny raz się zdarzyło, że Polska grała na mistrzostwach świata!  Snuta opowieść mówiła o jakimś baśniowym meczu, który podobno – na jakimś prehistorycznym, chyba pod Troją, mundialu – Polska rozegrała z Brazylią. Snute wspomnienia z odległych dni chwały także opatruje zastrzeżeniem, iż: nieraz z całych sił staram się (…)unikać nostalgicznej tonacji pradziada z lirą, co urodził się parę lat po powstaniu styczniowym i śpiewa o tamtych czasach. Felietonista ma świadomość, iż niektóre przypominane przez niego mecze dawno zaginęły już w otchłaniach niepamięci.
Jedną z charakterystycznych cech piłkarskich zapaleńców jest to, iż w osobliwy sposób porządkują historię Polski i świata. Nie inaczej jest u Pilcha, zachowujący pamięć o ważnych wydarzeniach ze względu na odbywające się wówczas mecze. Opis własnej osoby jako takiego właśnie piłkarskiego fana, który: dzięki wielkim meczom i wielkim turniejom orientuj się zarówno w historii powszechnej, jak i historii własnej intymności. Aby nie być gołosłownym, podaje od razu jeden z wielu przykładów. Na pierwszym ligowym meczu w 1962 roku i nic na to nie poradzę, ale wydaje mi się, że z tego powodu wiem, kiedy umarł Faulkner i kiedy dostał Nobla Steinbeck.
Obserwowane u felietonisty częste przenikanie się piłki z literaturą świadczą o dwóch największych pasjach autora. Ukuta przez niego formuła: życie ludzkie jest najwyższą wartością, wyżej stoi tylko piłka nożna świadczy jednak o tym, iż futbol staje się dla autora ważniejszy. Charakterystyka sposobu gry reprezentacji Czech podczas Mistrzostw Europy w 2004 roku, nasuwa Pilchowi porównanie do najlepszych dzieł literatury naszych południowych sąsiadów: wszystko jest dokładne i coraz bardziej skoordynowane (…) Czesi snują swoją opowieść, która jest logiczna, bezlitosna i kipiąca życiem. Całkiem jak czeska proza. Autor stwierdza wręcz, iż szkolne lektury wpłynęły na jego kibicowską manię: wychowany bowiem zostałem ( m. in. przez obowiązkowo wszechstronną lekturę tak kanonicznych tekstów jak nowela ”Latarnik”) w ten powszechnie od stuleci znany sposób, że nie ma rzeczy ważniejszej, jak ojczyzny dopingowanie, ojczystym krajobrazom kibicowanie, naszych do boju zagrzewanie, swojskich drużyn podziwianie. Jako „lokalny” patriota, Pilch nie będzie pasjonował się europejskimi pucharami czy rozgrywkami na Zachodzie. To głównie kibic polskiej reprezentacji, uważny obserwator wielkich piłkarskich imprez.
Umiejętność autoanalizy pozwoliła felietoniście na dokonanie swoistego studium futbolowego kibica, który w trakcie oglądania spotkania jest całkowicie pochłonięty boiskowymi wydarzeniami. Autentyczne zdarzenie zatonięcia promu wskutek oglądania przez załogę piłkarskiego meczu, Pilch tak oto podsumowuje: najzwyklejsi w świecie kibice piłki nożnej to są ludzie, którzy w kluczowych sytuacjach pozbawieni są jakiejkolwiek możliwości wyboru, możliwość wyboru nie ma dostępu do ich jednostronnie ukierunkowanych dusz i umysłów (…)Najzwyklejsi na świecie kibice piłki nożnej po prostu oglądają mecz i nic poza tym ich nie interesuje. Na kuli ziemskiej trwają wojny, giną ludzie, spadają samoloty, toną okręty, oni tego nie zauważają. Także i sam autor żyje każdymi piłkarskimi mistrzostwami. Czerwcowe felietony, publikowane w 2004 (Euro w Portugalii) i 2006 (czempionat globu w Niemczech) mówią najczęściej o wrażeniach i odczuciach autora – kibica, pilnego obserwatora futbolowych zmagań. W pewnym miejscu, Pilch posunie się nawet do parafrazy słynnej biblijnej formuły, stwierdzając iż: kto nie ma nic wspólnego z piłką nożną, nie ma też nic wspólnego ze mną.

* Skomentuj ten wpis

Czecho- Słowacka wtopa, Majewski pakuj laptopa

Polska piłka utknęła w zimowej zaspie. Wczorajszy mecz był bardzo wyrażnym obrazem stanu współczesnego futbolu - niewyrażnego, z irytującą bezradnością, beznadzieją pustego stadionu,  bezmyślnością  trenera z głupkowatym uśmieszkiem. Ten ostatni, udzielając  pomeczowego wywiadu aż raził swoją bezradnością, z jego wypowiedzi wyłaniała się osobowość gościa, który z łatwością przechodzi do porządku dziennego z kolejną porażką. Nie wścieka się nawet,  dałbym sobie  rękę uciąć, że w szatni nie zjechał swoich piłkarzy, nie postawił ich do pionu. “Panowie, nie jest żle, grajmy swoje…”. No to zagrali…. Kilka razy w ciągu spotkania kamera pokazywała oblicze Majewskiego - nieobecny wzrok (kibice Cracovi przeżyli traumatyczne deja vu), oczy wpatrzone w nie wiadomo co, krótkie uwagi z asystenetem, którego nazwiska nie znał nawet Szpakowski. I Jusko - który jako pracownik Lecha, zastanawiał się, czemu tak póżno wpuszczono jego podopiecznego. Wstyd… Mecz komentuje gość, który w ogóle nie objaśnia pilkarskiej kuchni, klepie dyrdymały. Zauważcie różnicę, jak robią to Wieszczycki czy Węgrzyn, nawet “Szymek” (hie, hie). I tylko Szczęsny próbował trafnie ująć pezetpeenowską rzeczywistość - kto jest winny, kto ponosi odpowiedzialnośc. Nie dajcie sobie wmówić, że eliminacje przegraliśmy przez Boruca i Dudkę. To nie Artur miał strzelać bramki, gdyby nie on nasze szansre już wcześniej byłyby pogrzebane.

Od początku “Doktor” był złym wyborem, a jego wybory - jeszcze gorsze. Nikt nie wmówi przytomnemu kibicowi, że w defensywie stawiamy na wiecznego rezerwowego Dudka, który nawet nie raczył poczekać na kolejne pytanie reportera i umknął do szatni. Gancarczyk był potrzebny i w niezłej formie, gdy grał w Metalurgu Donieck, gdy występował w Pucharze UEFA. Od kilku spotkań nie widziałem jego ofensywnych wejść, poza tym… że nikt z obserwujących wczorajszy “taniec pingwinów na szkle” mało widział. Od razu krzyknąłem: “Dawać pomarańczóweczkę” i nie chodziło mi bynajmniej o popularny jakiś czas temu trunek. Jeśli chodzi o Bieniuka - ma fajną żonę - i tyle. W reprezentacji NIE MOŻE  grać facet, który nie wyróżnia się nawet w szarości drugiej ligi. To już lepiej powołać jakiś asów z Ruchu lub Bytomia.

A propos - wczorajszy dyrektor obiektu, nazywanego onegdaj “kociołem czarownic” - winien być za swoje nieróbstwo i bezmyślność do wspomnianego kotła wrzucony. Od rana waliło śniegiem, prognozy też to pewnie przewidziały - ale co tam, szkoda włączać podgrzewanie płyty, machnie się łopatą koło pola karnego i tyle. I potem oglądasz skróty na Eurosporcie - wszędzie piękne murawy, aż chcie się grać, tylko u nas biegun północny i wieczna zmarzlina .

Personalnie linia pomocy i ataku nie budzi większych zastrzeżeń - niezłe były też akcje  Błaszczykowskiego -  ale i tak Kuba zagrał poniżej swego optimum. Brożek powtarza polski syndrom - niezły w klubie, nieprzydatny w reprezentacji. Jeden mecz z Czechami to zdecydowanie za mało. Może lepiej wyglądałby z kolegami z Wisły - Boguskim i Małeckim.

Najsmutniejsze jest to, że bezpośredniego zaplecza nie widać. Młodzi Oranje nie wysilając się zbytnio, klepią naszą młodzieżówkę 4-0. Czy na pierwszy mecz Euro 2012  w bramce zobaczymy Szczęsnego jr, w obonie - Glika, Sadloka, a w ataku - Chrapka? “Ciemność widzę” - że zacytuję nieśmiertelną “Seksmisję”.

Promykiem nadziei błysnął nieoczekiwanie Engel, który w pomeczowym studiu przyznał, że przy wyborze nowego “Narodowego” należy liczyć się z “opinią społeczną” . Co prawda słyszałem, że jest coś takiego jak opinia publiczna, ogółu, ale skoro jego pryncypał - mówił, że jesteśmy w grupie “sześcio-osobowej”…

Mimo wszystko, już jutro siądziesz przed ekranem tv lub komputera i  z uśmiechem ironii, będziesz słuchał niewymiawiającego “r” komentatora, który na Orange Sport, będzie zachwycał się naszą piłką klubową, wspomni o niezłych zawodnikach i akcjach pod tytułem “stadiony świata”… i prawdziwych profesjonalistów na C+, którzy z wysiłkiem będą próbować ładnym opakowaniem zakryć mizerię polskiej ekstraklasy.

* Skomentuj ten wpis

Kibicując w ciemnościach

Wśród odgłosów z szatni, widzimy masera fachowo przygotowującego piłkarza do rozpoczynającego się za kilka chwil meczu. Z szatni wychodzą ówcześni piłkarze Widzewa. Rozpoznajesz wśród nich dwóch Jakubów: Rzeżniczaka i Wawrzyniaka.

Masażysta jest skoncentrowany na swej pracy. Dopiero po chwili dostrzegamy, że jest niewidomy. Z pokoju odnowy wychodzi z laską. Szybkim krokiem przechodzi na trybuny, gdzie już prawdziwą wrzawą tętni piłkarski stadion.

Bohater filmu Marka Jóżwiaka “Henio, idziemy na Widzew” to także kibic futbolu. Obserwujemy go podczas wyjazdów na: Legię, ŁKS i Lecha. Spokojny facet opowiada o utracie wzroku w wieku 16 lat. To jednak nie przeszkadza mu w realizowaniu swojej pasji.

Nie obrzuca obelgami  policji czy drużyn przeciwnych. Przez okno pociągu apeluje też do jadących z nim kibiców, aby do niego wrócili, bo “nas zawrócą”.

Na Łazienkowskiej  stojący obok niego, mówi mu, na jaką bramkę grają widzewiacy, w którą stronę atakują.

( W starej “Naszej Legii” pamiętam wywiad z “Autobusem” ,kibicem (L) z poważną wadą wzroku, który dostrzegał  jedynie numery na plecach piłkarzy)

Jest też ojcem. Kupuje synkowi koszulkę, zabiera go na pierwszy wyjazd do Poznania, co chwila z troską pyta czy początkujący kibic widzi boisko, czy nikt mu nie zasłania. Dowcipkuje z Napoleonim o czekających go “okładach z młodej piersi” klubowej lekarki.

Dobrze opowiedziana historia. Człowiek, który codzienne po tysiąckroć pokonuje przeszkody, łamie bariery niemożności. Fajny gość. Choć kibicuje drużynie, za którą - oględnie mówiąc - nie przepadam.

* Skomentuj ten wpis

Przypadek Celticu Glasgow

Rok założenia - 1888. Jeden z najstarszych piłkarskich klubów. Piękny stadion i równie energetycznie wyśpiewywane przed każdym meczem “You never walk alone”. Piłkarze, których przez lata uznawałem za wzór napastnika - Henrik Larsson i potężny zabijaka - John Hartson, idealny dla specyfiki szkockiej ligi.

Wreszcie, Polacy występujący w barwach “The Boys” - Dziekan, Wdowiec, Żurawski, obecnie - Załuska i ulubieniec fanów, “Holly Goalie”.

Ich wczorajsza mizeria w eliminacjach do Ligi Mistrzów z Arsenalem (który grał na pół gwizdka), a szczególnie kolejny frajerski sposób utraty obydwu goli - rykoszet i samobój nieudacznego Caldwella skłoniła mnie do kilku refleksji na temat tego klubu.

1. Polityka transferowa

Obserwując poczynania speców od transferów w Celticu można dojść do wniosku, że zajmują się tym ludzie, którym na 5 trasferowanych piłkarzy trafia się 1 udany. Tych ostatnich w przeciągu kilku sezonów łatwo wyliczyć :Balde, Nakamura, kończący karierę Roy Keane, Gravesen (za pozbycie się go ktoś powinien beknąć), może też Hesselink. Fortune - ich ostatni nabytek również jest (będzie?) zakupem na plus.

Niestety, zdecydowana większość piłkarzy Celticu - włączając w to także dramatycznie obniżającego loty, Shauna Maloneya - są bardzo przewidywalni, nie posiadają choćby grama kreacji ni polotu, co cechuje choćby piłkarzy klubów-kopciuszków w Premiership. Przykład drewnianego Samarasa, który mając więcej szczęścia niż rozumu, strzeli w sezonie w kilka bramek, ale na boisku jest niewidoczny. Gdybyśmy zapytali Artura, co sądzi o swoich obrońcach, jego wypowiedż należałoby - dla przyzwoitości - wykropkować albo wypikać. Zresztą, Boruc nie musi mówić. Pamiętna scenka z meczu ze Spartakiem, gdzie chciał “ręcznie” wytłumaczyć niejakiemu MacManusowi, co to znaczy bronić, najdobitniej świadczy o niemożności zespołu z Glasgow. Co robi tam niezły przecież - Andreas Hinkel ?! Poszedł na łatwiznę, kasując niezłą pensję?

Zwróccie uwagę, gdzie odchodzą “asy” Celticu: Derby (Kenny Miller - napastnik, rywalizujący ongiś z naszym Żurawskim, nie potrafiący długimi tygodniami wechnąć piłki do siatki).

Obecna pomoc klubu z Celtic Park jasno unaocznia, dlaczego ta drużyna nie ma najmniejszych szans w walce o jakiekolwiek trofeum w Europie. Landry Nguemo, Scott Brown (wyjątek potwiedzający regułę),Willo Flood, Marc Crosas, Massimo Donati (najwyrażniejszy przykład jak można się pomylić, kupując piłkarza z Serie A), Barry Robson, Paddy McCourt,Koki Mizuno, Simon Ferry - to co najwyżej średni piłkarze, wyróżniajcy się w peryferyjnej i nudnej jak flaki z olejem szkockiej piłce.

2. Sposób gry

Trudno go określić. Jeszcze sezon temu obowiązywała zasada: “Dajmy piłkę Nakamurze, on swoje zrobi”. Chwilowe przebłyski miewa Aiden McGeady i wspomniany Maloney. Najczęstszym sposobem ataku i zdobywania goli jest długa piła w okolice pola karnego rywala, wygrana główka w polu karnym, wyprzedzenie rywala. Stare, dobre “kopnij i biegnij”. Ale nawet as Celtów, Nakamura grał archaicznie, do niemożliwości holując piłkę. Nie widziałem meczu Celticu, w którym siedliby by na rywala i bombardowali go strzałami z dystansu.Do bólu przewidywalny Celtic jest łatwy do rozpracowania, a nieruchawi boczni obrońcy rzadko przekraczają własną połowę. Chlubnym wyjątkiem był Hinkel, po rajdzie którego  Celtowie stworzyli sobie jedną (!) dobrą sytuację we wczorajszym meczu.

Aż strach pomyśleć, że dla byłego trenera Legii, Wdowczyka taka piłka była wzorem do naśladowania i chciał ją przeszczepić na warszawski grunt…

3. Widoki na przyszłość

Wychodzący około 80 minuty ze stadionu, kibice pokazują, że zwycięstwa z St. Mirren czy Kilmarnock to za mało. Wartość drużyny poznaje się po jej  występach  w rywalizacji pucharowej.  Zaostrzone apetyty za kadencji Strachana ( dwukrotne dojście do 1/9 Ligi Mistrzów) nie zostaną jeszcze długo zaspokojone.  Przegrana ostatniego tytułu na rzecz Rangersów dowodzi, że The Boys przestali być hegemonem także w rodzimej lidze.  I choć do końca sezonu walczyć będą z rywalem zza miedzy, a może nawet sięgną po mistrzostwo nie przesłoni to obrazu klubu wielkiego w przeszłości, ale powolnego i nudnego zespołu, odpadającego w przedbiegach walki o coś więcej niż 1 zwycięstwo w fazie grupowej Ligi Europejskiej.

ARTUR, uciekaj stamtąd najprędzej. Nie musi być to od razu czołówka Premiership, na pewno jakiś klub, walczący o miejsca 6-8 to dobry przystanek w drodze do lepszego zespołu. Pamiętaj stare łacińskie przysłowie: PER ASPERA AD ASTRA! Przez trudy do gwiazd.

Nie trudż się wśród szkockich gwiazd - drwali, rębajłów i innych bohaterów tej pokracznej ligi.

* Skomentuj ten wpis

C’est la vie albo czekanie na Tejksia

Nie widziałem meczu Legii z Broendby na żywo. Korzystając ze sprzyjających okoliczności przyrody, o wyniku spotkania dowiedziałem się dzień “po”. “Tylko Lech gra dalej” -  bił w oczu tytuł z “Przeglądu”. Na początku ucisk - już po 1. meczu to Duma Sto(L)icy była faworytem, mając nawet na uwadze męczarnie w Kopenhadze. Ale znów się nie powiodło. Ktoś mógłby stwierdzić - nihil novi, jeszcze przed końcem wakacji Legii nie ma już w pucharach. Może i jest to fakt, bo za kilka tygodni nikt nie będzie pamiętał zrywu legionistów w 2. połowie i kilku “setek”, zmarnowanych przez wojskowych.

Spojrzałem na dół pierwszej strony: wynik 2-2 co prawda wykluczał nas z dalszej gry, ale nie było to jakieś paskudne 0-3, czy choćby 1-6 z Valencią (ten ostatni rozgrywano 1. listopada, co można było uznać za dzień adekwatny do formy  stołecznych piłkarzy). Ale z drugiej strony:

1. Legia wciąż nie jest w optymalnej formie. Cieszą co prawda 2 kolejne zwycięstwa w lidze bez straty gola, ale brakuje wykończenia wielu stwarzanych ciągle okazji…

2. Wielu fanów wciąż ma pretensje do Urbana głównie o dwie rzeczy:

a) granie systemem 4-5-1 co - wg nich - zmniejsza siłę “ognia”

i b) ciągłą rotację składem, np: niewystawienie od początku meczu z Duńczykami Paluchowskiego po jedo świetnym (nie bójmy się tego słowa) meczu z Lubinem

Od siebie dołożyłbym c) Szałachowski będzie dla mnie zawsze ofensywnym prawym pomocnikiem, a jego ustawienie jako de facto cofniętego za Mięcielem - nie przynosi na razie efektów.

Grzechem jest, panie Janku, granie tylko jednym napadziorem ,mając kilku napastników. Mam jednak ciche przeświadczenie, że Urban czeka na dojście do zdrowia Chinyamy, by ten stworzył duet napadu z kimś z pary: Mięciel, Paluchowski, w dalszej kolejności Grzelak ( nie uważam go za drewniaka, ale  jeśli  - nie daj Boże - obecna runda ma być tak nijaka, jak ostatnie - to w grudniu z Bartkiem trzeba się pożegnać).

Odpadliśmy z honorem, nie przegraliśmy żadnego meczu.Mimo, że w futbolu nie przyznaje się punktów i awansu za wrażenia, w pamięci kibiców Legii, ta kolejna próba nie skończyła się katastrofą jak rok temu. Dlatego nie popadajmy w pesymizm. Będzie lepiej,( popatrzcie sobie raz jeszcze na bramkę Maćka Rybusa - piękny gol) Zabrakło tego czegoś: może tego błysku Rogera (ile będziemy na niego czekać?!), lepszej skuteczności Gizy, zdrowego Choto, chwili koncentracji? A może właśnie zdrowego Tejksia?

P.s. Kibice piłkarscy mają niechybny wkład w pomoc w zorientowaniu się podróżnemu pociągu, gdzie aktulnie się znajduje. Jedziesz przez nieznaną ci miejscowość, widzisz na murze napis:”Jeziorak” i już wiesz, co więcej, stadion Świtu z Nowego Dworu widzisz z okien pociągu.

* Skomentuj ten wpis

Tatuaże Zlatana i spokojny sen Fabiańskiego czyli spokojnie, bez wyrazu

Sezon ogórkowy w pełni. Obserwując letnie sparingi europejskich możnych, których poczynania możemy śledzić w mojej ulubionej stacji sportowej, pragnę pokusić się o kilka refleksji.

Na pierwszy ogień Inter Mediolan. Mistrz Włoch, który dokonał chyba najbardziej trafnego wyboru w obecnym okienku transferowym. Lucio - podpora Canharinios to świetna inwestycja. Solidny, lubiący co jakiś czas rozpocząć akcję ofensywną, uderzyć z dalszej odległości, a do tego, prawdziwy wojownik. Swoimi grymasami twarzy i zaciętością przypominający niekiedy Arboledę. Ach, ta moja mania porównań….

“The Special One” w sparingu z meksykańskim Club America zastosował ciekawy manewr w defensywie. W bramce - 19 letni Słoweniec, Vid Belec. Z  powodzeniem po prawej stronie Mourinho wystawił  młodego Santona, który grał bardzo ofensywnie i robił dużo zamętu. ( Panie Łobodziński, ucz się pan! ). Linia obrony od prawej wyglądała tak: David Santon - Materazzi - Burdisso - Chivu. Nawiasem mówiąc,  w razie absencji każdy defensor jest w stanie z powodzeniem zmienić miejsce. Nowe nabytki - Motta i Milito - poprawnie, ale na razie szału nie ma. Milito jest chyba stworzony do wykańczania akcji zespołu, gdy cała dryżuna ( Genoa) gra na niego. Ale w Interze grać będzie obok Balotellego, a może… Eto’o? Ja za  żadne pieniądze nie sprzedawałbym Kameruńczyka. Ale może dla Pepa najważniejsza jest atmosfera w zespole? Schwer zu sagen.

Inter zremisował ten mecz 1-1. Gola dla Interu zdobył Cordoba, po świetnie wykonanym przez Balotellego rzucie rożnym. Będzie ciekawie, gdy do humorzastego Balotellego dojdzie facet, który także rozbudza konfklikty… Ale kto powiedział, że futbol to gra grzecznych chłopców.

Jeśli o tych ostatnich mowa, to jak ulał pasuje to do pierwszego sparingu Arsenalu z IV-ligowym Barnet(2-2). Z doświadczonych zawodników wystąpili: Gallas, Arshavin (zdobywca gola) i co cieszy, wracający do piłki Tomas Rosicky. Mecz-piknik. Z polskiego punktu widzenia, cieszy “forma” trzeciego bramkarza Kanonierów, Vito Mannone. Babol, jaki puścił pod koniec spotkania (bramkę na 2-2) jest dowodem, że Fabian może być spokojny o miejsce na ławce w nadchodzącym sezonie Premiership. Nie jestem zwolennikiem, żeby były legionista na siłę szukał innego klubu. Almunia - prędzej czy póżniej odejdzie, jego pozycja nie jest tak silna jak ongiś Lehmanna, czy van der Saara w MU. Wszystkie mecze w Pucharze Ligi i Anglii - a Arsenal zawsze zachodzi  w nich daleko + kilka szans w LM to kapitał. Zresztą, potencjalny transfer Landreau z PSG ( a co za tym idzie wypożyczenie Fabiańskiego do Paryża) nie doszedł do skutku.

Po meczu Interu, kamerzysta zatrzymał się na  Zlatanie, do którego na chwilę objęła jakaś rozentuzjazmowana fanka. Widzowie mogli podziwiać, porozmieszczane na ciele Szweda, tatuaże.

Czy następnymi, którzy je będą oglądać, będą widzowie na Camp Nou?

P.s. Okazuje się, że kibice (L) żywo uczestniczą w ważnych wydarzeniach swojej lokalnej społeczności. Chłopaki czekali na pociąg do Gruzji, a że do odjazdu kilka godzin, to… całe życie z wariatami.

* Skomentuj ten wpis

Nie dajcie sobie wmówić, że wygrał futbol

Powyższe słowa Guusa Hiddinka po dramatycznym, choć niepozbawionym sędziowskich błędów, meczu z Barceloną, można płynnie przenieść na ostatni mecz Wisły w eliminacjach do Ligi Mistrzów. I nie chodzi mi tu jedynie o typową polską mentalność naszych piłkarzy w stylu: “jakoś to będzie”, czy “zaraz pewnie coś strzelimy i pójdzie z górki”. Przecież faktycznie jednym odpuszczonym meczem przekreśla się autentyczny trud, włożony w wywalczony tytuł mistrzowski.

Chodzi mi głównie  o podejście telewizyjnych stacji w pokazywaniu piłki made in Poland. Tak jak większość, “kibiców w kapciach” zamiast 2 połowy spotkania Wisły z Levadią, zostałem uraczony bramkami Rooneya, Scholesa, a z braku laku - także przedpotopowymi popisami Ajaxu z lat świetności. Rozumiem zakłócenia, spowodowane burzą, oberwanie chmury, jakiej w Sosnowcu najstarsi Indianie nie pamiętają, ale…

1. Można było puścić z “taśmy” ponownie 2 połowę - nikt mi nie wmówi, że w Polsacie Sport nie wiedzieli o przerwie w transmisji

2. Podczas ostatniego Euro, z powodu burzy, mecz został.. . przerwany z powodu braku transmisji - Mistrzostwa Europy to przecież wielka impreza telewizyjna i każda ze stacji wydaje grube miliony na jej pokazywanie

I tak w pamięci niektórych, Wisła dzielnie i bohatersko wywalczyła awans/ wyrównała w anormalnych warunkach. A ten mit rozsypuje się w “drobiezgi” w oczach tych, którzy następnego dnia zobaczyli powtórkę.

Po takim fatalnym występie, na jakiś czas człowiekowi odechciewa się futbolu. Ostatnio taki stan miałem po meczu z Austrią na Euro i po meczach Legii z FK Moskwa. Na szczęscie taki stan następnego dnia przechodzi.

P.s. Nie żebym miał pretensje do Polsatu Sport - fajnie, że mecz w ogóle pokazano, nieżli komentatorzy.

Dodatkowo pokazują serie meczów sparingowych czołowki europejskiej - za co czapki z głów. Nawiasem mówiąc, obserwując dzisiejszą powtórkę meczu Bayern - HSV, śmiem powątpiewać, czy Luis van Gaal z nieodłącznym brulionem, to odpowiedni facet na stanowisku 1. trenera FCB. Aha, Bayern bez większej walki przegrał 0-1 po golu Trochowskiego.

* Skomentuj ten wpis


Polecamy



Wyszukaj w blogu

RSS


marzec 2010
P W Ś C P S N
« stycznia    
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031